Misja ukończona

Pierwsze dwa epizody były wyzwaniem, ale potem trochę zbyt dobrze przygotowałem miasto na kolejne trudności i w efekcie ostatnie epizody w mieście macierzystym okazały się bardzo krótkie. Bardzo przydał mi się zapas marmuru, który uzbierałem "na wszelki wypadek" przy okazji budowy pierwszej świątyni, a potem uzupełniałem go z wyprzedzeniem, wybierając na pierwszą kolonię Halikarnas i prowadząc agresywne najazdy łupieżcze na innych jego producentów. Zaciekawiło mnie, że nikt go nie kupował i po przejściu misji aż sprawdzałem w edytorze, czy może jakiś event zwiększenia popytu się nie zgubił.
Szczególnie dobrze wspominam kolonię w Nowym Tarasie. Miejsce na zabudowę wykorzystane w prawie stu procentach i przyznam, że projektowanie miasta tak, aby wszystko się zmieściło, sprawiało mi w przypadku tej koloni olbrzymią satysfakcję. No i te wysepki rybne...

Zmieściłem 10 przystani na samych wysepkach. Potem zorientowałem się, że dałoby się o jedną więcej, gdybym postawił dodatkowy most w innym miejscu. Nie trzeba tego robić, bo są inne wydajne źródła żywności, ale to była dla mnie taka satysfakcjonująca mini-gra w większej grze. (Teraz pewnie polecicie mi "Cyklady")
Podziwiam dobór miejsc katastrof, zarówno w Kalidonie, jak i w Nowym Tarasie. Były tak ustawione, aby na pewno zaszkodzić, ale jednocześnie nie przesadzić. Jeśli chodzi o Halikarnas, tu z kolei katastrofa podobała mi się wizualnie. Skusiłem się na to, aby wykorzystać ten przesmyk na warsztaty kamieniarskie, a potem okazało się, że straciłem tam wszystko oprócz magazynu z marmurem.
Co do świątyń przyjaznych bogów, chyba tym razem nie udało mi się wykorzystać ich pełnego potencjału. Zbyt słabo przewidywałem, gdzie zostawić miejsce na świątynię w przyszłości.
Smok pojawił mi się pośrodku terenu zabudowanego magazynami, co początkowo za bardzo mnie nie ucieszyło. Wezwałem Jazona tak szybko, jak tylko było to możliwe, ale i tak straciłem przynajmniej osiem pełnych magazynów, z rzeźbami, uzbrojeniem i winem. Z drugiej strony, to kolejna rzecz, która finalnie zamiast mnie sfrustrować, tylko dodała mi zabawy. Pewnie byłoby inaczej, gdyby nie to, że pożył zaledwie rok. Na tym etapie miasto było już zbyt dobrze przygotowane na przybycie Jazona.
Podobało mi się to, jak dobrze opisy epizodów przygotowywały do nadciągających problemów. Ostatnie epizody podstawiły mnie w stan gotowości w kwestii ostrożnego dysponowania wojskiem i herosami. Dzięki temu nie musiałem wczytywać gry, gdy nagle po wysłaniu gdzieś armii okazywało się, że jest też potrzebna w innym miejscu.
Największą trudnością w grze był przeklinany tutaj wielokrotnie Zeus, który był nadzwyczaj aktywny w swoim dziele zniszczenia. Gdy się pojawiał, musiałem rzucać wszelkie inne zajęcia i uważnie śledzić jego poczynania, bo przegapienie dokonywanych przez niego zniszczeń bardzo się na mnie później mściło. No i na jego obecności mocno cierpiał handel, a niszczenie przez niego pałacu (w tym także wojsk, które z niego "wyciągał" i zabijał) sprawiało, że musiałem potem szukać sposobów na radzenie sobie z błędem "niewidzialnych" sztandarów (który o dziwo jest w internecie dobrze znany). Jedna z pierwszych wizyt Zeusa zsynchronizowała się z przybyciem wspomnianego już przeze mnie smoka i o dziwo to Zeus okazał się tym, kto bardziej potrzebował mojej uwagi i opieki.
Wspominano tutaj o tajemniczych błędach z burzącymi się budynkami. Ja mój pałac umieściłem na "wysepce" pomiędzy jeziorem i morzem. Od przedostatniego epizodu doświadczałem dziwnego błędu z burzącymi się bez powodu bramami. Tylko bramy, żaden inny budynek. Najczęściej burząca się brama stała przy punkcie wejścia, tam skąd przychodzą ludzie, ale zauważyłem, że burzyły się tylko te bramy, które stały pomiędzy punktem wejścia a pałacem. Podejrzewam, że musiał się z jakiegoś powodu włączyć mechanizm "udrażniania" dostępu do miasta, który niepoprawnie uznał bramę za coś, co blokuje drogę.
Jeśli chodzi o inwazje, w dalszej części gry trochę brakowało mi terenu, na którym mógłbym sobie pozwolić na swobodną walkę. Za bardzo drżałem też o niespodziewaną wizytę Zeusa w trakcie inwazji, więc przeważnie wybierałem opcję okupu. Wspominam więc przede wszystkim inwazje z pierwszych epizodów, zanim misje kolonialne zasypały mój skarbiec gradem monet. Walczyło się wtedy całkiem przyjemnie. Miejsce, w którym umieściłem pałac, było na tyle dobrze osłonięte, że nie musiałem martwić się o jeźdźców-skrytobójców szarżujących na pałac i mogłem stoczyć bitwę w otwartym polu, a nawet herosi mieli czas, aby dogonić wroga i mu przywalić. Trochę trudniej było zarządzać polem bitwy w koloniach, więc tam walczyły za mnie moje pieniądze.
Fabuła była spójna, logiczna, mocno powiązana z tym, co działo się w epizodach. Motywacje bogów były odpowiednio wytłumaczone i zawsze wiedziałem, za co obrywam. Ich życzenia też były zapowiedziane i wpasowane w fabułę, na tyle, na ile jest to możliwe z tym, co oferuje nam gra. Jedynym momentem lekkiego wytrącenia z immersji był moment, w którym pijany Dionizos zaczął coś majaczyć o Atlantach, ale z drugiej strony w przypadku tego boga miało to swój unikalny urok.
Cieszę się, że stworzyłeś następne części. Chętnie dowiem się, co jeszcze działo się w "Niezależnej Erze".